Start » Ludzie / wywiady » Polska pod wiatr

Polska pod wiatr

Wyświetlono 100 razy

16 czerwca Paweł Zaremba wyruszył w rowerową podróż dookoła Polski (czytaj: „WL 06-2017, str. 4). Przez 1,5 miesiąca przejechał 3400 km. „Wieści Lubońskie” patronowały tej wyprawie

 

Cały dzień na rowerze

Wszystko prócz pogody dopisało. Wiele kilometrów przejechał pod wiatr, którego najbardziej się obawiał. Bywało, że co 5 km musiał wtedy robić przerwę na odpoczynek. Padało. Trzy deszczowe dni wymusiły postoje. Jeden przeczekał pod swoim namiotem w Olecku, dwa inne pod dachem gospodarstw agroturystycznych. Schowany za ekranem akustycznym przy drodze szybkiego ruchu, bronił się przed wiatrem zapychającym dech, i gradem, który zsiekł mu skórę. Pocieszał się wtedy myślą, że w upałach ludzie schodzą ze świata, a od wiatru nikt pewnie jeszcze nie zginął. Poza tym nic go nie zaskoczyło, może jedynie krajobrazy, których uroku nie odda zdjęcie wykonane przy pomocy komórki. Kiedy mijał je w samotności, fotografował się na ich tle, wieszając aparat z włączonym samowyzwalaczem na drzewie. W trasę wyruszał zwykle o godz. 9. Przedtem zjadał owsiankę z torebki, którą w różnych smakach i w dużej ilości zabrał z domu. Około 11 robił przerwę na zakupy i drugie śniadanie. Telefonował wtedy do syna, który podczas swojej pauzy na posiłek mógł prowadzić z ojcem „naradę warsztatową” (syn pozostał w Luboniu w rodzinnym warsztacie samochodowym). Z żoną pan Paweł kontaktował się wieczorami. Korzystał też z facebooka, gdzie co dzień starał się umieszczać choć jedno zdjęcie z wyprawy.

 

Sposób na gościnę

Samotność mu nie dokuczała. Spotkał wielu ciekawych ludzi, którzy podobnie jak on podróżowali w oryginalny sposób. Ponieważ lubi dużo mówić, szybko nawiązywał znajomości i wymieniał doświadczenia. Oprócz piękna natury, którą podziwiał po drodze, najbardziej zapamiętał życzliwość ludzi. Kilkakrotnie został zaproszony do domów przypadkowo spotkanych po drodze „tubylców”. Spędził w ten sposób dwa noclegi i chronił się przed ulewnym deszczem. Częstowano go herbatą, obiadem i winem, udostępniano łazienkę z prysznicem. Pan Marcin z Władysławowa zaoferował gościnę w swoim fińskim domku w ogrodzie. „Możesz zostać jak długo chcesz” – zapowiedział. W deszczowej Nysie pan Jarek, który podczas roku akademickiego wynajmuje pokoje studentom, pozwolił mu wybrać sobie dowolny lokal, po czym zaprosił na grilla. Doskonałym sposobem na skorzystanie z gościny okazał się list polecający od znajomego księdza proboszcza z Moch pod Wolsztynem, opatrzony pieczęciami parafialnymi, który otwierał podwoje plebanii, kiedy skorzystanie z wygód cywilizacji było szczególnie potrzebne.

 

Z drogi się nie cofał

Nie planował szczegółowo trasy, nie bukował noclegów. Podróżował spontanicznie, wybierając dzięki nawigacji w telefonie najkrótsze, twarde drogi, po których mógł się poruszać z przytwierdzoną do roweru przyczepką na bagaż (pomimo osi skrętu, przy szybkiej jeździe trzeba było uważać na ten balast). Trzymał się 5-15 km od granic Polski, zwłaszcza na wschodzie, gdzie są rejony, w których przebywać nie wolno. Poza tym chciał uniknąć kosztownego logowania się w obcych sieciach (Rosja i Białoruś poza Unią). Zawieziony przez syna samochodem, rozpoczął trasę od Gubina na granicy polsko-niemieckiej. Szlakiem Nysa-Odra-Zalew Szczeciński biegnącym od styku granic Polski, Niemiec i Czech aż po Świnoujście, dotarł stamtąd nad morze. Jadąc średnio 100 km dziennie zatoczył pętlę wokół Polski, kończąc trasę w miejscu, w którym rozpoczął wyprawę. W obawie przed myśliwymi starał się nie nocować „na dziko”. Strzeli taki, a dopiero potem sprawdzi, w co trafił. Wolał rozbijać namiot na polu kempingowym, gdzie mógł liczyć na prysznic, choć po niemieckiej stronie nie pozwolono mu na to (mogą tylko przyczepy kampingowe). Pobijając swój rekord życiowy musiał pojechać dalej, do Świnoujścia. Zrobił tego dnia 223 km, a spać poszedł o 3.30. Wzdłuż wybrzeża dotarł na Hel. Objechał półwysep dokoła i promem dostał się do Gdańska. W Świbnie przeprawił się przez Wisłę i skierował na wschód. Wschodnie rubieże Polski przebył trasą „Green Velo”, omijając jednak większość atrakcji turystycznych, które przewiduje ten malowniczy szlak. Obawiał się odludnych miejsc w tej części kraju. Przewidywał, że potraktują go jak dziwaka, który zamiast pracować, jeździ rowerem i zawraca głowę. Jakże się mylił. Spotykał bardzo życzliwych, gościnnych ludzi, którzy go wręcz podziwiali. Otwierali przed nim domy i serca, za punkt honoru stawiając sobie pomoc we wskazaniu dalszej drogi przybyszowi. Podobnie było w Bieszczadach. Co innego u nastawionych na komercję górali, u których trudniej było znaleźć gościnę.

Był w Komańczy i Zamościu. W Jarosławiu udzielał „na żywo” wywiadu dla Radia Rzeszów. Z zatłoczonego Zakopanego uciekł po 40 minutach. Mijał Szklarską Porębę, obejrzał Kowary i wiele mniejszych miejscowości po drodze. Choć szlak prowadził przez lasy i bagna, a rower trzeba było nieraz prowadzić, brnął dalej, bo cofanie się z drogi nie leży w jego naturze.

Po powrocie z wyprawy 30 lipca, pan Paweł przepakował bagaż i z mniejszym obciążeniem wybrał się po raz 3. na kilkudniową pielgrzymkę rowerową do Częstochowy (250 km na rowerze, powrót busem) organizowaną przez księdza z Moch. Teraz marzy mu się szlak św. Jakuba prowadzący z Mazur do Santiago de Compostela w północno-zachodniej Hiszpanii.

HS

 


Więcej artykułów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *